28.07.2026
Widzieć w reszcie świata Jedność to coś innego niż widzieć tam siebie.
Perspektywa patrzenia ma znaczenie kluczowe. Patrząc z perspektywy jednostki i nazywając świat Jednią pozostajemy tylko na poziomie intelektualnym/językowym/umysłowym. Widzieć w kimś lub czymś to samo co "Ja" które patrzy, czyli tożsame ze sobą to prawdziwe patrzenie. Nie widzieć nic innego poza sobą. Nie jest wtedy potrzebne nazywanie tego Jednią czy Absolutem. Nie ma już nazywania. Jest tylko to. To samo co patrzy, to samo na co jest patrzone. Relacja podmiot-obiekt zanika. Zanikają wszelkie obiekty i podmioty. Pozostaje patrzenie w formie trwającej/dziejącej się. Jako czasownik, a nie jako rzeczownik.
Żyć jako jednostka i nazywać wszystko Jednią to ostatecznie fałsz. Możliwe, że to tylko forma przejściowa. Żyć jako całe życie i nie widzieć nic poza sobą to Prawda. Wieczna.
W przewlekłym odczuciu déjà vu może nie chodzić o znajomość i bliskość obiektów przelatujących przez świadomość, a o samo tło właśnie. Pomimo że te wszelkie obiekty możemy określać jako tożsame z nami samymi i stąd wyciągać odczucie znajomości i bliskości, to okazuje się że nie chodzi o nie. Ten spokój i komfort związany z tym, że nic nie jest obce i przed niczym nie trzeba się chronić ma źródło nie tyle co w postrzeganiu siebie w obiektach, co w zmianie ciężkości jestestwa na tło wszelkiego bytu - nazywanego najczęściej świadomością.
Nie powinniśmy przeskakiwać pewnego kroku. Najpierw musi być Pustka, żeby dopiero w niej powstało Wszystko. Najpierw jesteśmy niczym, tłem, przestrzenią. Najpierw musimy umrzeć, zniknąć. To jest konieczny krok w drodze do zrozumienia bycia Wszystkim. Ten krok został pominięty w ostatnich refleksjach na temat deja vu, ale został on także pominięty w sposobie patrzenia z perspektywy tego czegoś co pisze te słowa teraz. Ostatnie dni przyniosły tą naukę. Nie zapominajmy o śmierci. Musimy umrzeć, żeby żyć w pełni.
Uwolnijmy swoje postacie niczym ptaki. Niech sobie żyją w pełni, po swojemu. Przestańmy im wchodzić w drogę. Przestańmy Życiu wchodzić w drogę i zacznijmy je po prostu w pełni podziwiać.
W tej kosmicznej grze jest pewien ciekawy mechanizm - pozostawianie okruszków. Absolut grający ze sobą samym w tą grę zostawia sobie samemu okruszki, wskazówki, drogowskazy. Znaki te wskazują drogę do niego samego. Czasami są to mądre słowa, czasami widok zapierający dech w piersiach, czasami płacz i krzyk rozpaczy. W każdym życiu, na każdej ścieżce zestaw tych okruszków jest innych. Niektóre ścieżki czasami się przecinają przy danych drogowskazach i następnie kierują się w różne kolejna miejsca. Ostateczny cel jest jednak taki sam. Czasami Absolut pod postacią poszukiwacza zostawia i zaznacza okruszki, które jemu pomogły pokonać pewne fragmenty ścieżki. Ciężko te trudniejsze części ścieżki nazwać przeszkodami, bo po ich pokonaniu widzi się je jako coś integralnego, uwalniającego i nieuniknionego. Bądźmy dla siebie okruszkami, błądźmy i szukajmy się nawzajem.
24.07.2026
Jako ludzie lubimy tworzyć najróżniejsze systemy związane z tą całą Prawdą, Naturą Rzeczywistości itd. W dziejach ludzkości powstało ich już wiele, na różnych poziomach skomplikowania. Jako ludzie Zachodu mamy tendencję do przekombinowywania, ale nawet te "prostsze" systemy wschodnie też momentami to wszystko niepotrzebnie mieszają i kotłują.
W tych różnych systemach omawiane są różne zasady i tendencje, na podstawie których działa ten cały świat. Dzisiaj olejmy te wszystkie wielkie i poważne kwestie i zajmijmy się tylko i wyłącznie jedną — i to dosyć lekką i przyjemną — zabawą. Co jeśli tą wielką tajemnicą rzeczywistości, pierwotną zasadą, na której wszystko zbudowano, jest po prostu zabawa? Po prostu musi się dziać. Świadomość lubi być zabawiana. Tańcz, śpiewaj i skacz przez ognisko. Zabawiaj mnie, zabawiaj!
No bo patrzcie, to ma sens. Na wszystkie pytania związane z duchowymi poszukiwaniami można odpowiedzieć zabawą. Czym jestem? Świadomością/Absolutem grającym ze sobą w kosmiczną grę bycia aktorem i postaciami jednocześnie. Jednocześnie jesteśmy powodem, tworzywem, scenarzystą, aktorem i widzem. Nie lubimy się nudzić, dlatego ta kosmiczna gra ma pierdyliard postaci i wątków. Dlatego każdy jest inny. Żeby się działo, żeby nie było nudno. I te wszelkie rollercoastery emocji. Śmiechy, płacze, jęki i westchnienia. Jak nudno byłoby bez nich? Co to by była za nudna sztuka, gdyby od samego początku do samego końca była po prostu... ok. Nie, kto by to oglądał? Musi się dziać.
W pewnym momencie tej sztuki pewne emanacje, postacie, zaczynają się nudzić. Wszystko już było, nic na scenie nie może wciągnąć i zaciekawić. Zaglądamy wtedy poza scenę, za kurtynę i na widownię. Może nawet na sufit. Zaczynamy wtedy grę 2.0, czyli duchowe poszukiwania. Uff, ile tu się dzieje. Ile tu jest scen! Ile wymiarów i kolorów! Wciągamy się ponownie i jest zabawa. Rollercoaster ma jeszcze większe górki i szybsze zjazdy. Dostrzegamy nowe wymiary, nową głębię w tym wszystkim. Bawimy się. Jako świadomość mamy najlepszy okres życia.
Później następuje jakiś błąd. Scenarzyście coś się wymyka z ust, wychodzimy z teatru i patrzymy na niego z zewnątrz. Wielkie "Aaaaaa... czyli to była gra?". Wtedy to wszystko może się skończyć. Te całe poszukiwania. No ale co z zabawą? Świadomość lubi się bawić, tak? Tak, tutaj zaczyna się kolejna gra. Gra w mam i nie mam. Widać, nie widać. Gram, widzę, że gram. Świadomość bawi się w kolejną grę, która może mocno irytować duchowych poszukiwaczy, którzy już myślą, że coś mają, po czym po chwili to tracą. Dlaczego tak się dzieje? Jaki w tym sens? Dlaczego po dostrzeżeniu Natury Rzeczywistości znów ją gubimy? Dla zabawy. Po prostu. Żeby się działo, żeby kosmiczna świadomość miała jeszcze jedno show do jednoczesnego zagrania i obejrzenia, zanim na dobre usiądzie na widowni i będzie w błogim spokoju czekać na koniec przedstawienia. Sztuka dla sztuki. Zabawa dla zabawy. Grajmy, śpiewajmy i skaczmy przez ogniska!
23.07.2026
Widzieć spadającą gwiazdę
Nie mieć żadnych życzeń
Nie dlatego, że ma się wszystko
Nie dlatego, że jest się kimś
Widzieć, że wszystko jest idealne takie, jakie jest
Nie mieć oczekiwań
Nie mieć awersji
Być nikim
Nie mieć żadnych życzeń
Widzieć spadającą gwiazdę
Co masz jeszcze do odstawienia? Za kogo się uważasz lub kim chciałeś zostać? W jakiej roli się wyobrażałeś w swoich wizjach? Jak rozgałęziały się Twoje fantazje? Co chciałeś udowodnić? Komu i co pokazać? Co chciałeś tym wszystkim uzyskać? Kogo słowa aprobaty chciałeś usłyszeć? Za kogo chciałeś być uważanym? Za co zastawiłeś swoją wartość? Jakim przedmiotom zawierzyłeś swoje szczęście? Jakimi dźwiękami wyobraźni zasłoniłeś rzeczywistą ciszę? Jakimi skarbami oddaliłeś się od tego co już masz? Jaka jest cena Twojej wolności?
Wolność nie ma ceny, niczego do niej nie potrzeba. Zadaj sobie te pytania i uwolnij się od odpowiedzi. Zrozum to, że te wszystkie fantazje są właśnie tym co oddziela Cię od prawdziwego szczęścia. Tego szczęścia, które niczego nie wymaga. Szczęścia spokoju, komfortu, bezpieczeństwa i miłości.
22.07.2026
Pozostać nieporuszonym. Pozostać przestrzenią, która nie reaguje na przelatujące przez nią obiekty. Nie żywić urazy, nie dążyć. Nie uciekać i nie lgnąć. Nie dawać się ponieść, bo poniesiony może zostać tylko obiekt. Pozostać przestrzenią. Po prostu być. Tylko być. Nie robić nic innego. To co musi zostać zrobione, wydarzy się samo. Pozostań w bezruchu.
Nie lękaj się. Nie lękaj się apatii. Niczego nie ominiesz, nic Ci nie ucieknie. Miłość będzie jeszcze prawdziwsza, życie jeszcze barwniejsze. Zrób mu miejsce i zaufaj, oddaj się. To jedyny sposób. Iść naprzód, aż przestaniesz istnieć. Istnienie będzie dalej szło. Nikt się nie pozna, że starego Ciebie tam już nie ma. Stary Ty był tylko iluzją, częścią kosmicznej gry. Nadal jest, ale Ty już nim nie jesteś. Jesteś Całością.
Patrzeć na świat i nie sądzić, że jest prawdziwy ani że jest iluzją. Patrzeć. Tylko patrzeć. Bez sądzenia, bez myślenia, bez bez BEZ!
Wyruszyć na śmierć bez oglądania się za siebie. Skoczyć w otchłań. Rozebrać się ze wszystkiego co zebrałeś i ze wszystkiego za co się uważałeś. Stać się harmonicznością i balansem, bez podmiotu. Rozebrać się i później zniknąć. Dezintegrować.
Nigdy nie chodziło o samotność i chatkę w dziczy. Nie chodziło o ucieczkę od innych ludzi. Ciężarem była tożsamość i wynikające z niech interpersonalne kwestie. Ciężarem nie było bycie, ale bycie kimś. Nie chodziło o ucieczkę. Chodziło o zrozumienie. W nim leży największy spokój, w nim leży wolność. Nie ma nikogo innego kto może zaburzyć ciszę, jeśli jesteś tylko i wyłącznie Ty. Wszystko jest Tobą, a Ciebie już nie ma. Nie wolność od życia, a wolność do życia. Wolnego, nieuchwytnego.
Daj łzom płynąć.
Nie przestanę się podnosić, nie przestanę szlifować diamentu. Nie poddam się, dopóki nie zniknę. Chcę żyć, chcę iść.
21.07.2026
Ujawniają się kolejne śmieszne paradoksy. Pomimo stabilności w perspektywie Jedności — niemożności zapomnienia o tym i ponownego zatracenia się w życiu jako postać — pojawiają się okresy większej ciszy, w której ta Prawdziwa Natura ma więcej miejsca do pokazania swojego Piękna. Są to chwile, gdy zieleń jest jeszcze zieleńsza. Jeśli uznać zrozumienie jako jedną oś, to odczuwanie/bycie byłoby drugą osią. Oczywiście osie mogą istnieć tylko w sensie relatywnym, w sensie absolutnym istnieje tylko Absolut.
W ostatnim z takich okresów, który miał miejsce po tygodniu plemiennego życia w naturze z grupą podobnych duchowych odklejeńców, po raz kolejny poczułem impuls do wyjścia w świat swoją postacią — Damiana a.k.a. Masienia. Tutaj pojawia się ten wspomniany wcześniej paradoks. Można się spodziewać, że to w okresach, gdy jest więcej myślenia i postaciowania ogólnego, będę chciał się bardziej pokazać i przez to coś uzyskać. Okazuje się, że w tym wypadku jest odwrotnie.
Od lat, gdy robiłem jakiś rodzaj twórczości, towarzyszyła mi chęć pozostania w tzw. podziemiu. Nie chciałem się pokazywać, chociaż chciałem zostać zobaczonym. To wszystko było robione na przekór, żeby nie być jak inni artyści — żeby nie być jak inni. To tworzenie do szuflady, pozostawanie w cieniu jako „alternatywny”, okazuje się być właśnie cechą ego. Chciałem być unikalny, indywidualny poprzez bycie nieznanym, ukrytym. Fascynujące, w jakich miejscach potrafi się chować ten proces/ta chęć pozostawania jako coś osobnego.
Dlatego teraz, w okresach gdy więcej się dzieje i jest „głośniej” w przestrzeni świadomości, nachodzą mnie myśli o zamknięciu wszystkiego, ukryciu wszystkiego i życiu na polskiej wsi bez dalszych słów na temat duchowości, Życia, Prawdy, Niedualności itd. Jest to chęć pozostania „unikalnym” typem, który zamilkł, chociaż tacy typowie też już istnieli i już istnieją. Jest to chęć niezostania kolejnym zwykłym duchowym nauczycielem. Jest to chęć. Jest to ruch. Jest to dążenie.
Kilka tygodni temu ukryłem większość filmów na jutubowym kanale. Było to symboliczne odejście, pozostawienie za sobą ambicji i nadzieji związanych z tym. Co wydarzyło się dalej? Na tym małym zlocie duchowych odklejeńców pojawiły się pytania, rozmowy. Pojawiły się chwile, gdy Spokój przechodzący przez Masienia rezonował z innymi. Pojawiło się poczucie, że te filmy, które ukryłem, to całe gadanie, może komuś z tych osób się przydać. Pojawiły się chęci dalszego dzielenia się tym, co przyszło, przechodzi i przyjdzie. To wszystko zadziało się na tle Jedności. To wszystko było idealnie na swoim miejscu i w swoim czasie. Towarzyszyło temu uczucie ciągłego déjà vu. Skądś to znałem. Wszystko było i jest mi tak znajome i bliskie. Wszystko jest mną. Czego więc się obawiać? Czego się lękać?
Jak mógłbym zaprzeczyć czemuś, co przychodzi w najbarwniejszych kolorach, w najdźwięczniejszych śpiewach i w najcichszej ciszy?
Hmm... teraz zrozumiałem coś jeszcze. To wszystko to był... dualizm. Mówić/milczeć. Wychodzić/chować się. To były decyzje i wybory, a okazuje się to być pogodą. Czasami się milczy, czasami się mówi. O niczym to nie świadczy, nic to dla Masienia nie znaczy. Ten cały temat, ten post i to co w nim zawarte było oparte na założeniu, że Masień istnieje jako odrębny byt. Ufff... co za ulga. Wiatr rozgonił kolejne ciemne skłębione zasłony.
20.07.2026
Gdy wszystko jest Tobą
nic nie jest Ci obce
Nie ma niepewności
Nie ma obaw
Wszystko jest znajome
Ciągłe deja vu
Bez początku i końca
To jest ta chwila właśnie
To jest ta wieczność
Gdy przestajesz istnieć
i okazujesz się być
istnieniem
Nie to co widać
Nie to co słychać
ale to tło
ta cisza
to właśnie my
Ja
i
Ty
13.03.2026
12.03.2026
09.03.2026
W końcu to się kończy. Ten ciągły ruch gdzieś, po coś. Ohh co za ulga, co za spokój. Już nic nie trzeba.
Nic się nie zmieniło. Nigdy nie było inaczej.
Kogut pieje, żurawie żurawią.
Dzisiaj zobaczyłem pierwsze wiosenne motyle.
08.03.2026
uderzam siekierą w drzewo
uderzam w nie od lat
już ledwo stoi
czy już się przechylam?
ostatnie uderzenia
ostatnie wystrzeliwane wióry
jestem drzewem
jestem siekierą
jestem uderzaniem
jestem drwalem
niczego tutaj nie ma
dziękuję Wam
teraz odpoczniemy
kiedyś może się coś z tego wyrzeźbi
serca ogrzeje
i komuś stworzy schronienie
02.03.2026
Kto miał trzydzieste urodziny?
Co się wydarzyło? Czy coś w ogóle się wydarzyło? Jakie znaczenie mają trzydzieste urodziny tego z czym coraz mniej się utożsamiam z każdym mijającym dniem? Może dlatego to wydarzenie nie było czymś wielkim. Nie było nawet czymś średnim. Po prostu jakby tego nie było. Gdzie ta klasyczna urodzinowa melancholia związana z nieubłagalnie biegnącym czasem, uciekającą młodością i niezaprzeczalnie zbliżającą się starością?
Gdzieś tam to jest, ale nie ma tego w tym co przeżywam. Nie ma tych zmartwień, tych lęków i rozterek. Nie ma rozpamiętywania przeszłego i wyobrażania przyszłego. Nie ma czasu, są tylko chwile. Nie ma czasu, ale są zmiany. Z każdym kolejnym dniem jest coraz mniej tego co okazuje się w ogóle nie istnieć. To znaczy jakoś tam istnieje, ale nie tak jednoznacznie jak kiedyś.
Z każdym kolejnym dniem udaje mi się odcinać kolejne korzenie mojego postaciowania
. Nie, nie udaje mi się to. To po prostu się dzieje. Wielką pomocą ostatnio w tym procesie okazuje się być Paul Hedderman
. Jego bezpośredni przekaz przedziera się przez postać Masienia i trafia w cel. W innym poście postaram się coś więcej powiedzieć na temat tych nauk, ponieważ uważam je za mocno niedocenionie - szczególnie w polskiej części internetu gdzie praktycznie nie ma żadnych informacji/tłumaczeń. Z drugiej strony, po co mam coś pisać skoro można ich wysłuchać samemu? Może po prostu podziele się tym jak je rozumiem i jak mi pomogły, ale to nie na dzisiaj. Dzisiaj tak sobie po prostu siadłem do pisania.
Czuję zmiany. Te które nastąpiły, te które właśnie trwają i te które przyjdą. Możę to ta wiosna. Niby tak samo wiosenna jak każda przed nią i każda po niej. A jednak odczuwam unikalną wiosenność. Taką bardziej osobistą i bezosobową. Taką w której podróżuje się lekko niczym piórko - bez żadnego bagażu i bez ciała które ten bagaż miałoby nieść.
Tracę zainteresowanie duchowością. Wszystko jest Duchem. Takim nieuchwytnym i przenikającym wszystko. Takim niewidocznym i wszechwidzącym. Takim jak My.
Popełniam błąd mówiąc "coraz mnie mniej". Nie ma nikogo kogo miałoby być mniej lub więcej. Nie ma nikogo kto się uwalnia, oczyszcza, zbliża. Jest tylko proces związany z utożsamianiem jako coś takiego. Ten proces można czasami dojrzeć i przestać automatycznie go aplikować. Zamiast stwierdzenia "coraz mnie mniej" lepszym by było "coraz bardziej dostrzegam to czym nie jestem". Coraz bardziej dostrzegam to, że jestem Niczym - czyli Wszystkim. Dziękuję.
23.02.2026
18.02.2026
Odejdź w nieznane i się nie odwracaj
Coś mi się dzisiaj przypomniało, na coś podobnego się natknąłem i w sumie to dzięki temu coś zrozumiałem. Chyba chodzi o to, że od skoku wiary w nieznane/puszczenia kontroli/bycia tu i teraz, ważniejsze jest niesprawdzanie swojego stanu. Odważne stwierdzenie, patrząc na to z perspektywy tego, że większość scieżki to badanie siebie. Ba, cała ścieżka to w sumie szukanie odpowiedzi na to kim/czym jesteśmy. Przyglądanie się "swoim" myślom i emocjom. Dostrzeganie "swoich" automatyzmów wytworzonych przez traumy. Żadna duchowa prawda - z tych których podejmujemy na swojej ścieżce - nie jest Prawdą ostateczną. Żeby do niej dotrzeć, żeby się nią stać, musimy porzucić wszystko. W tym też te pomniejsze prawdy, które po drodze zbieramy. Jedną z nich jest ta autoanaliza, metapatrzenie/sprawdzanie siebie.
Mistrz zen Seung Sahn
w swoich listach do uczniów często na końcu wśród ostatnich porad umieszczał słowa "Nie sprawdzaj umysłu". Wykorzystując możliwość swobodnej interpretacji połączyłem to sformułowanie ze zdaniami, które gdzieś kiedyś przeczytałem, ale których źródła nie pamiętam. Możliwe, że są to słowa Adyashanti
, ale ręki sobie za to uciąć nie dam. Była tam mowa o tym, że nie można patrzeć czy "ma się" oświecenie. Że trzeba oddać tą subtelną, ale jednak istniejącą chęć "sprawdzenia umysłu". Ma to kurde sens. W końcu wiemy, że nie możemy tego "posiąść" jako swoje postacie, tak? Nie da się wejść do Źródła w ludzkiej formie. Trzeba ponownie stać się Źródłem. Wszelkie próby sprawdzania i myślenia typu "Mam to? Czy to jest to?" wzmacniają dualizm z którego chcemy się wyrwać. Kto i co ma coś mieć? Kto i co ma coś odczuwać? W końcu nawet świadomość-świadek i obserwowany obiekt to też dualizm, jak subtelny i duchowy by nie był.
Co i kiedy powinniśmy robić? Czego nie powinniśmy? Jaki jest praktyczny wniosek z tego?
Uwaga: Dalsza część tekstu oparta jest na moich przeżyciach. Nie mam pojęcia czy w innych przypadkach to wygląda podobnie.
Na późniejszych etapach duchowej ścieżki zaczyna się doświadczać zmian w perspektywie odbierania świata. Krótszych, dłuższych. Niestałych. Ulotnych. Jest się wtedy bardziej. Po prostu się jest i robi się to co się robi. Myśli jest mniej i są gdzieś tam bardziej z tyłu. Nie są też takie krzykliwe, pilne, kanciate. Umysł gdzieś tam lekko przesuwa się na bok i dzięki temu Życie ma więcej miejsca na prezentowanie swojego piękna. To są właśnie momenty, gdy ta prawda o niesprawdzaniu ma zastosowanie. Piszę to na podstawie tych przypadków podczas których nie udało mi się jej zastosować. Niczym Orfeusz odwracający się do tyłu w drodze z Podziemi, tak i ja "spoglądałem" świadomością za siebie. Zamiast Eurydyki celem mojego spojrzenia było oświecenie. Oświecenie z małej litery, to którego pragnie postać. Nie można wtedy kierować świadomości na "stan"/tryb w którym się znajdujemy. Musimy dalej po prostu być. Bez myślenia nad tym czy jesteśmy dobrze, czy jesteśmy lepiej, czy do czegoś się zbliżamy. Musimy dalej iść w nieznane i się nie odwracać. Każde odwrócenie/spojrzenie na siebie to powrót do perspektywy postaci której czegoś brak. To wyjście z Bycia, któremu nic nie brak. To są właśnie sytuacje w których musimy zostawić za sobą tą prawdę o autobadaniu. Wtedy ona nam nie pomaga, a wybija nas z czystego Bycia. Piękne.
Na duchowej ścieżce wielokrotnie zatrzymywałem się i z podziwem patrzyłem na to jak to wszystko idealnie się składa i zazębia. Jak to wszystko jest dobrze napisane i jak dobrze to działa. Ten system jest tak szczelny, że nawet mysz(ego
) się nie przeciśnie. To jest jeden z tych postojów. Stoję i podziwiam. Piękna robota.
17.02.2026
Oświecenie albo śmierć
Borykam się ostatnio z pewnym tematem. Wiem, że go nie rozstrzygnę, nie rozkminię. Ale może zmęczę nim umysł, który po tym ucichnie. Może będę wystarczająco długo w przestrzeni niewiedzy i paradoksów, żeby ten temat sam wygasł i się rozpłynął. Stanie się tożsamy z tą przestrzenią, w której teraz się znajduje.
Jaki wysiłek jest właściwy na drodze do Oświecenia? Nie ma jednej odpowiedzi, nie ma nawet wielu odpowiedzi. Droga ta jest żywa, zmienna. Nie ma konkretów, poza tym ostatecznym. Nadmierny wysiłek umacnia naszą tożsamość postaci
, która ten wysiłek podejmuje. Bez wysiłku jednak nie będziemy mogli rozpocząć tej drogi. Wszystko chyba zależne jest od sytuacji i mój aktualny dylemat wiąże się z chwilą, w której jestem.
Upraszczając duchową ścieżkę do czegoś linearnego, możemy powiedzieć, że ten wysiłek na początku jest konieczny. Niezbędny jest on do powzięcia zmian w swoim życiu. Do zaprzestania robienia rzeczy, które nas oddalają od Źródła. Potrzebny jest wysiłek, by usiąść i nic nie robić, tzn. medytować. Z czasem transformuje się on w przyciąganie. Coraz mniej wysiłku my wkładamy jako postacie, a coraz bardziej Źródło samo nas przyciąga, a my temu się przyglądamy. Kroki same się podejmują. Coraz częściej postępujemy tak, jak się powinno postępować, nie wysilamy się. Staje się to naturalne. Podchodzenie do Życia i jego codziennych spraw z perspektywy Jedności, a nie wysilającej się jednostki.
W trakcie duchowej drogi zachodzi też inna zmiana. Dosłowna zmiana perspektywy. Zazwyczaj jest ona chwilowa. Może trwać sekundę, minutę lub miesiące. Nie jest ona trwała, więc ile by nie trwała, jest ostatecznie chwilowa. Jest to tak zwane duchowe przebudzenie/wgląd w niedualność, bądź też Kensho. Widzimy wtedy, że to całe dążenie nie ma sensu, bo rozumiemy, że ostatecznie nie jesteśmy tą postacią, która do czegoś dąży. To całe Oświecenie jest cały czas. Tu i teraz. A wszelkie dążenie nie pozwala nam tego dostrzec. Po co więc gdzieś dążyć?
Chwila się kończy i znajdujemy się ponownie w starej perspektywie postaci. Znów czujemy się zamknięci, uwięzieni. Wspominamy te okresy przebudzenia i zaczynamy za nimi tęsknić. Czujemy ich brak i zaczynamy do nich dążyć. Próbujemy je odtworzyć, jakoś do nich wrócić.
Nigdy się to nie uda. Pogódźmy się z tym jak najszybciej, bo są to więzy, które nie pozwalają nam wzlecieć wyżej. Wszelki wysiłek mający na celu powrót do tych stanów oddala nas od głównego celu – Oświecenia. Musimy więc go wyhamować, zrozumieć, że jest on pragnieniem postaci, którą nie jesteśmy – czego mieliśmy łaskę praktycznie doświadczyć podczas przebudzenia.
Nie ma więc za czym gonić, prawda? To, czego tak mocno szukaliśmy, okazuje się być tutaj. Po co więc jakiś wysiłek? Poszukiwania duchowych odpowiedzi się kończą, a może to pytań jest już brak. Zaczyna się dostrzeganie Źródła w codzienności. W niebie. W drzewach. W hałasie miasta. W gniewie napotykanych osób. Zaczynamy jeszcze bardziej żyć z pozycji Jedności. Coraz nas mniej jako jednostek. Egoizm wytraca swój pęd. Życie zaczyna płynąć wolniej, spontaniczniej. Zmiany perspektywy zachodzą coraz płynniej, są coraz mniej odczuwalne. Przestają się wykluczać. Nie muszą już walczyć o miejsce dla siebie. Utożsamianie z postacią stopniowo zanika, chociaż ona żyje dalej, a my zaczynamy o nią coraz bardziej dbać i lepiej ją rozumieć. Zaczynamy ją kochać. To dzięki niej możemy doświadczać tego całego cudu Życia, którym sami jesteśmy.
Ten odcinek duchowej drogi nie jest jednak bez pułapek. Ona nadal trwa. Poznaliśmy smak jej mety, poznaliśmy już Prawdę. Musimy jednak pamiętać, że nie jesteśmy nią w pełni. To jeszcze nie koniec i nasz główny przeciwnik – Umysł – jest ciągle w grze. Wysiłek nadal jest potrzebny, ale tym razem musi być inaczej skierowany. Nie na szukanie odpowiedzi, a na obserwowanie siebie. Na obserwowanie swoich myśli i uczuć z perspektywy świadomości. Na ciągłą czujność, dzięki której nie pozwolimy umysłowi po raz kolejny przejąć sterów. Umysł to proces. Umysł to kameleon, który przybiera różne formy w celu przetrwania. Jedną z nich może być forma postaci, która już nie musi szukać, nie musi nigdzie dążyć, niczego nie zmieniać dla duchowości. Nie musi czytać, dowiadywać się, co robić teraz. Skoro już znam odpowiedzi, to po co coś robić?
Znać odpowiedź, a nią w pełni żyć – to dwie różne rzeczy. Żeby znać/posiadać odpowiedź, musi być ktoś, kto to robi. A tym kimś jest właśnie postać. Ona chce znać, chce mieć. Ona może nas na różne sposoby wstrzymywać od dalszych duchowych dociekań. A paradoksalnie to może być moment, gdy takie dalsze dociekania są najbardziej potrzebne, bo po przebudzeniu zaczynamy rozumieć więcej. Widzimy szerzej i dzięki temu rozumiemy słowa, których wcześniej pojąć nie mogliśmy. Duchowi mistrzowie przemawiający językiem niedualności zaczynają do nas docierać, ponieważ zerwaliśmy tę wcześniej trwałą iluzję utożsamiania z postacią. To ci niedualni mistrzowie mówią o tych przeróżnych sposobach ego na przetrwanie. Jeśli uwierzymy zanadto tej absolutnej prawdzie, że nie ma czego szukać, to odetniemy się od dotarcia do tych jakże ważnych w tym momencie nauk. Kto wie, ile takie zboczenie ze ścieżki może trwać i w jakie miejsca nas zaprowadzić. Duchowe przebudzenie to wielkie wydarzenie, które może stać się potężnym orężem ego. Może je umocnić lub odbudować jako kogoś lepszego, kto „zdobył” przebudzenie. Może też wzmocnić je subtelniej, po prostu jako zaniechanie dalszych duchowych dociekań. Jeśli nie jesteś Oświeceniem, to Twoja duchowa droga się nie skończyła. Jeśli myślisz, że jesteś oświecony i niczego Ci nie trzeba, to jesteś w błędzie. Myślisz, a Oświecenie nie myśli. Nie zastanawia się i sobie niczego nie wmawia.
I o to tutaj jestem. Jaki wysiłek jest odpowiedni w tym momencie? Czy potrzeba coś zmieniać, żeby móc dalej po prostu obserwować swoje myśli? Dlaczego czuję zew wyjechania do duchowej przestrzeni klasztoru, skoro duchowa przestrzeń jest wszędzie? Dlaczego chcę spotkać oświeconego ludzkiego mistrza, skoro codziennie mijam oświecone rośliny i zwierzęta? Czy od czegoś uciekam? Czy to będzie umocnienie postaci i jej pragnienia Oświecenia? Jakie źródło ma to uczucie potrzeby zintensyfikowania swojego skupienia i życia na tym temacie? Czy to jakiś ostatni zryw? A może kolejna ślepa uliczka, która mnie złapie i przytrzyma. Nie wiem. Na te pytania nie znam jeszcze odpowiedzi. Dlatego szukam. Brnę. Dążę. Dopóki pytam. Dopóki myślę. Dopóki po prostu nie jestem.
Zaczynam rozumieć, że pragnienie Oświecenia i dążenie do niego to niekoniecznie tożsame ze sobą rzeczy. Można wręcz powiedzieć, że to dwie przeciwne sobie rzeczy. Pragnienia są domeną postaci i to ona pragnie tego, co błędnie uważa za Oświecenie. Pragnie jego efektów ubocznych lub nierealnych wizji stworzonych na podstawie nieskończonej ilości gadek sprzedażowych Oświecenia, będących domeną współczesnej skomercjalizowanej duchowości. Postać pragnie jakiejś ekstazy czy ucieczki od świata pod nazwą transcendencji. Postać pragnie być oświecona i tak być traktowana. A prawdziwe Oświecenie to jej śmierć. Dlatego stwierdzenie „oświecenie albo śmierć” poza znaczeniem całkowitego oddania niesie ze sobą drugie, sprzeczne. Oświecenie to właśnie śmierć. Śmierć pragnień i tego, co pragnie. Pragnienie to może być początkowym impulsem, który wrzuca postać na ścieżkę, ale nie może stać się jej trwałym towarzyszem.
Dążenie do Oświecenia za to nie jest czymś chwilowym. Istnieje ono odkąd wyodrębniliśmy się ze Źródła i będzie trwać dopóki do niego nie powrócimy. Życie w ludzkiej formie jest samo w sobie tym dążeniem, które często opóźniamy próbami wypełnienia tej pustki czymś nietrwałym. Dążenie to jest tożsame z przyciąganiem. Im dalej, tym jest silniejsze i bezwysiłkowe. Dzieje się bez pragnień. Czy to jest wyjaśnieniem mojej aktualnej chwili? Czy dlatego ciężko mi zająć się „normalnym” życiem, bo przyciąganie do jego esencji jest już tak mocne?
Nie wiem
Nie wiem. Coraz mniej mnie, coraz mniej wiem. Wraz ze spadkiem wiedzy maleje ilość pytań. Co było pierwsze? Zmniejszenie ilości pytań czy spadek odczuwalnej wiedzy? Nie wiem. Wiem, że to ta niewiedza jest odpowiedzią, a jednak dalej gdybam. Co jest właściwe? Co zrobić? Co mnie przybliży, a co oddali od tego, co jest wszechobecne? Nie wiem, ale czuję. Czuję, w co nie wchodzić, czego nie zaczynać. Czuję na co brak miejsca, pamiętając jednocześnie o swojej nieograniczonej pojemności. Nie da się mieć konkretnych odpowiedzi, żyjąc równolegle na poziomie relatywnym (postać) i absolutnym (To). Obie są prawdziwe i wykluczające się nawzajem. Nie ma zer i jedynek, nie ma prawdy i fałszu, nie ma binarności. Obie drogi są prawdziwe i stają się tym „nie wiem”. Duchowość to jeden wielki koan. Nie wiem.
Czy to duchowy bypassing, czy może duchowy gaslighting? A może jest to po prostu niczym? Czy można uciekać od czegoś, co się nie zaczęło? Czy nie chcę czegoś rozpocząć, bo wiem, że to zmusi mnie do zderzenia z czymś, czego nie chcę widzieć? A może po prostu nie chcę czegoś rozpocząć, bo tego nie czuję? Nie dzieje się to samo, nie rozgrywa, nie płynie. Jak mam oddać się rzece, która nie ma nurtu? Wskoczyłem do niej, by się orzeźwić, a później usiadłem na jej brzegu i patrzyłem. Patrzyłem na nią i na siebie, na swoje ciało – na człowieka. Czy zechce jej się poddać? Wskoczyć do niej i płynąć? Rzeka na mnie nie czeka, chce płynąć dalej. Ja jednak jej nurtu nie widzę i nie czuję. Siedzę na brzegu rzeki i do niej nie wskakuję. Odwracam się i idę ku tej samej i innej rzece. Takiej górskiej, niespokojnej, niebezpiecznej. Wypełnionej wodospadami i skałami, o które mogę się rozbić. Ostatecznie te wszystkie rzeki są jedną wodą, a ja najwyraźniej preferuję te ostre spływy. Czy to preferencja, czy zapisana ścieżka? Może się utopię, może będę musiał wrócić do tej rzeki, od której teraz odchodzę. Może. Może jej już nigdy nie będzie. Może właśnie odpływa na zawsze. Nie wiem.
W duchowości nie ma złych decyzji. Złą decyzją byłaby ta, która ostatecznie blokuje naszą szansę powrotu do Źródła. A takich nie ma. Bóg jest miłosierny i litościwy. Są tylko nietrafne, niedojrzałe decyzje, które nas od niego oddalają. Możemy być jednak pewni tego, że za jakiś czas dostaniemy kolejną szansę. Wtedy będziemy dojrzalsi o jedno doświadczenie, co może nam pomóc wybrać właściwie. Jeśli my w ogóle cokolwiek wybieramy.
07.02.2026
Nie istnieją duchowe osiągnięcia
Ta myśl przyszła do mnie jako jedna z pierwszych po dzisiejszym budzeniu się/wchodzeniu w postać. Może nie była w pierwszej piątce, ale załapała się na pierwszą dziesiątkę. Zobaczmy, gdzie nas ta myśl zaprowadzi.
Nie ma duchowych osiągnięć. Osiągnięcia są zdobywane przez kogoś. Duchowość to wyzbywanie się tożsamości z tym kimś. Poczucie osiągania czegoś dmucha ego niczym balon. Duchowość to docelowo przebicie tego balonu igłą. A może raczej stopniowe spuszczanie z niego powietrza? Przypisywanie sobie "duchowych" osiągnięć to dmuchanie tego balonu. Może to być jednak złe porównanie, ponieważ dmuchany balon w końcu musi pęknąć, a z ego tak nie jest. Można je dmuchać w nieskończoność i później drugie tyle spuszczać z niego powietrze pychy, wyjątkowości i syndromu Mesjasza.
Czasami się powtarzam, trudno. Powtórzę to jeszcze raz: duchowe ego to też ego. Ta nowa wersja Ciebie w postaci postaci duchowego poszukiwacza nigdy nie dotrze do Oświecenia, bo Oświecenie to zakończenie utożsamiania z jakąkolwiek postacią. Duchowe ego też się do tego zalicza. Nie wzmacniaj go więc kolejnymi duchowymi medalami i osiągnięciami. Olej je, żeby nie stały się przeszkodami. Nie ma znaczenia, na jak długim odosobnieniu byłeś, jakich wizji doświadczasz, ani na jakim "poziomie świadomości" jesteś. Wszelkie nadnaturalne zdolności (siddhi), których możesz doświadczać, też nie mają znaczenia. To wszystko to tylko efekty uboczne procesu spuszczania powietrza z balona. Nie zatrzymuj się na nich, bo balon znów urośnie. Te osiągnięcia – a dokładnie utożsamianie się z postacią, której one się przytrafiają – oddalają od tego Wielkiego Ducha. Jak więc można je nazwać duchowymi osiągnięciami? Nie istnieją takie.
06.02.2026
Intelektualna nieuchwytność Prawdy
Czym jest pisanie? Zadawanie pytań zaczęło trochę tracić sens. Ogólnie dywagacje wszelakie coraz jaśniej stają się tym, czym cały czas były – dywagacjami, gdybaniami, słowami. Ciężko już zatracić się w odnajdywaniu słów, w intelektualnym szukaniu Prawdy. Wszelkie pytania przeobrażają się ostatecznie w jedno najważniejsze pytanie – Czym jestem? W tej odpowiedzi zawierają się wszystkie inne. "One ring[answer] to rule them all[questions]". Jest to swego rodzaju główny pień wszelkich egzystencjalnych zagwozdek. Każde inne pytanie ostatecznie przechodzi przez pytanie – Czym jestem?
Co ciekawe, nie możemy odpowiedzieć na to pytanie w normalny sposób. Nie tyle normalny, co raczej standardowy. Bo czym jest normalność? Czy normalność to Prawda, z której wyszliśmy i do której dążymy? Czy może normalność to perspektywa, do której przyzwyczailiśmy się przez dekady naszego życia? Nieważne, nie takie było pytanie. Czym jestem?
Odpowiedzi na to pytanie nie możemy znaleźć w umyśle. Nie możemy też jej szukać umysłem. To nie jest coś, co da się uchwycić myślami, bo to nie nimi jesteśmy. Jesteśmy czymś sprzed słów. Czymś o jeden meta poziom wyżej. Nie możemy więc określić się przy użyciu niższego poziomu zawierającego się w Nas. Jeśli oczekujesz, że kiedyś będziesz mieć odpowiedź, którą zamkniesz w słowach, to możesz się zawieść. Nie wydaje mi się, żeby to Ci się kiedykolwiek udało ¯\_(ツ)_/¯
┌─────────────────────────────────────┐
│ TY TY TY │
│ ┌─────────────────────┐ │
│ TY │ postać/ │ │
│ │ umysł/ │ │
│ │ myśli/ │ │
│ │ intelektualne │ TY │
│ │ odpowiedzi │ │
│ TY │ │ │
│ │ │ │
│ │ │ │
│ │ │ TY │
│ └─────────────────────┘ │
│ TY TY TY │
└─────────────────────────────────────┘
diagram mocno uproszczony, bo Ty nie masz granic
Ta intelektualna nieuchwytność ostatecznej Prawdy może być dwojako odbierana, chociaż ta dwoistość i tak sprowadza się do jednego. Nasza postać (czyli to wszystko zawierające się w zamkniętej przestrzeni umysłu) nigdy nie pozna odpowiedzi. Jeśli spotyka się ona z tą prawdą na wczesnym etapie swoich "poszukiwań", to totalnie jej nie słucha. Odwraca się od niej. Nie chce wierzyć w jej zasadność, bo wiąże się to ze zburzeniem fundamentów, na których stoi. Podcięta zostaje też jej kluczowa motywacja – znalezienie odpowiedzi. Co więc jej wtedy zostaje? No właśnie nic. Zakończenie działalności, a raczej zakończenie utożsamiania z nią. Taki odbiór tej prawdy o nieuchwytności jest odbiorem obciążającym. Nieuchwytność staje się kolejnym problemem, który postać próbuje rozwiązać. Dociąża to ją i wzmacnia.
Podejdźmy teraz do tego inaczej, a raczej pójdźmy inną ścieżką. Wróćmy do punktu, w którym postać dowiaduje się o tym, że nigdy nie będzie mogła intelektualnie poznać Prawdy. Ach! Jaka ulga. Tak. Możemy to odebrać nie obciążająco, a uwalniająco. Nie da się intelektualnie pojąć Prawdy? No dobra, pójdźmy dalej. Prawda gdzieś tam jest, przyciąga mnie do siebie. Jeśli nie mogę do niej dotrzeć przy pomocy postaci, za którą się utożsamiałem, to trudno. Porzucę ją.
Nie dociążajmy swoich postaci – a raczej utożsamiania z procesem postaciowania – kolejnymi problemami, tylko uwolnijmy się dzięki temu od nich. Wykorzystajmy ten moment na zmianę perspektywy, na spojrzenie na to wszystko trochę szerzej. Na wyjście poza zamkniętą przestrzeń umysłu. Skoro się nie da tego dokonać przy jego pomocy, to przestańmy to robić. Przestańmy intelektualnie szukać. Cofnijmy się swoim "byciem" do przestrzeni, w której umysł działa. Polećmy do niej przy użyciu tej prawdy o nieuchwytności. Poddajmy się jako swoje postacie. Wtedy zaczyna dziać się magia. Gdy zrobimy na nią miejsce, to Łaska sama przyjdzie.
Mniej więcej coś takiego miało miejsce u mnie, wiosną 2025 roku. Intensywne duchowe poszukiwania zaprowadziły mnie do punktu, w którym dowiedziałem się o intelektualnej nieuchwytności tego, czego szukam. W jednym ze swoich wykładów Fred Davis dobitnie dał mi do zrozumienia, że moja postać (Masień) nigdy nie będzie oświecona. Byłem wtedy wyczerpany tym całym duchowym gonieniem. Postanowiłem zrobić sobie przerwę od tych tematów, skupić się bardziej na tej nieduchowej codzienności [nie istnieje coś takiego, bo codzienność to najczystsza duchowość]. Przestałem medytować, czytać, słuchać i oglądać. Zrobiłem sobie urlop od poszukiwacza. Wtedy właśnie stało się coś, do czego tak wcześniej dążyłem. Zobaczyłem. Poczułem. Poznałem. Nie teoretycznie, tylko praktycznie. "Ahaaa... to o to im chodziło". Nie ma czego szukać. Szukane i szukające to jedno. Sam jestem Prawdą... i bla bla bla inne te duchowe teksty, którymi jesteśmy ciągle męczeni. Tylko samemu można je poznać. Wtedy przestają być gotowymi odpowiedziami powtarzanymi na okrągło, a stają się Prawdą samą w sobie.
Po tamtym "poddaniu" moich poszukiwań zacząłem doświadczać zmian perspektywy. Przestałem się ciągle utożsamiać z postacią, z intelektualnymi procesami myślowymi odbywającymi się w przestrzeni mojej całej istoty. Pewien etap życia się zakończył, a rozpoczął się kolejny. Przestałem szukać, a zacząłem się tym stawać. Jedne "problemy" się skończyły, a inne rozpoczęły. Gra toczy się dalej, tylko zmienił się poziom i mechanika. Można powiedzieć, że gra rozszerzyła się o jeden wymiar, o którego istnieniu wcześniej doświadczalnie nie wiedziałem. Otworzyła się nowa przestrzeń.
Ciężko mi teraz określić, co było przed czym. Ciężko stwierdzić, czy coś było przyczyną lub skutkiem. Przyczyny i skutki to elementy poziomu, z którego się wychodzi. Życie się po prostu dzieje. Nie wiem, czy najpierw było zrozumienie intelektualnej nieuchwytności, czy zmiana perspektywy otwierająca przestrzeń do nowego rodzaju pojmowania Prawdy. Gdzie w tym wszystkim mieści się moje poddanie poszukiwań? To wszystko się wydarzyło i tyle. Nie ma przepisu, który będzie działał dla każdego, ale pewne składniki się powtarzają. Możesz coś podpatrzeć i spróbować w swojej kuchni. Miłego gotowania :)
O czym to ja pisałem?
04.02.2026
Budzenie się
Ciekawy jest moment budzenia się. Naprawdę. Można powiedzieć, że każdego ranka rodzimy się na nowo. Nie ma nas i nagle jesteśmy. Świadome zwrócenie uwagi na ten przejściowy moment pozwala precyzyjniej odczuć moment wchodzenia w postać. Włączają się kolejne procesy, nakładane są kolejne warstwy. Wątki zatrzymane w momencie usypiania są ponownie podnoszone.
Zaczynam teraz też inaczej rozumieć te cięższe okresy w moim życiu, kiedy to sen był jedyną ucieczką od trudu dnia codziennego. Do tej pory myślałem, że chodziło o to, co tam robiłem – czyli o sny, które przeżywałem. Dodawały kolorytu szarości życia. Były darmowymi filmowymi przygodami. Teraz zaczynam to inaczej widzieć. Nie chodziło o to, co robiłem, a raczej o to, czego nie robiłem. Nie chodziło o fazę REM, podczas której się śni, a o fazę NREM 3 – fazę głębokiego snu. Bo to właśnie ta faza jest najbardziej uwalniająca. Nie ma tam postaci ani jej snów. Nie ma jednostki. Nie ma tego, przed czym przez całe życie próbujemy zapomnieć i od czego chcemy uciec. Nie ma nas, pozostaje tylko bycie. Te momenty były moją oazą na pustyni, ławką przy szlaku.
Każdy poranek staje się teraz takim przypomnieniem o tym. Ścielenie łóżka jest ważne, prawda? Jest to pierwsza fizyczna rzecz, którą się robi, stanowi ona swego rodzaju symbol. Zaczyna się dzień w porządku, z czasem na pościelenie. Nie wbiega się w niego, ale delikatnie wpływa. Jest jednak coś, co robimy przed tym ścieleniem. Samo budzenie się. Przyjmowanie w sobie (jako świadomości) tych wątków i myśli, które odłożyliśmy przed zaśnięciem. Zwróćmy uwagę na ten moment, gdy to wszystko się pojawia. Zwróćmy uwagę wtedy na tę przestrzeń, w której to się dzieje. Zwróćmy uwagę na nas. Pomaga to nie zapomnieć o swojej rzeczywistej istocie przez resztę dnia :)
Dlaczego to robię?
Dlaczego tworzę tę stronę? Czym są te teksty? Nie wiem, nie znam odpowiedzi na te pytania. W pewnym sensie ten "projekt" wypłynął sam z wód wolnego czasu. Może robię to po to, by móc to obserwować. Postać ma zajęcie, siedzi i pisze. Niekoniecznie to, co ona by chciała, a bardziej to, co napisane być powinno. Postać jest narzędziem. Dzięki temu Ja mogę to obserwować z pozycji sprzed myślenia.
Nie są to jakieś nauki. To znaczy mogą być, ale nie taki jest ich cel. Kiedyś chciałem być jakimś nauczycielem duchowym. Wyobrażałem sobie wizję życia duchowością, utrzymywania się z niej. Później Życie zaczęło mi pokazywać, dlaczego nauczyciel duchowy to słaba ścieżka. Obejrzałem kilka dokumentów na temat sekt, kultów i fałszywych guru. To wszystko się źle dzieje, gdy ktoś coś tam pozna, czegoś tam doświadczy i nie pójdzie głębiej. Nie oczyści całej drogi. Postać (ego) odbudowuje się wtedy, wykorzystując te "doświadczenia" do wzmocnienia siebie. Ktoś staje się duchowym kimś, zamiast zdezintegrować się do końca. Wtedy zacząłem myśleć o tym, że "nauczać" powinny tylko w pełni zrealizowane emanacje Życia. A może raczej Życie/Prawda sama w sobie nauczająca, której robi się miejsce, samemu usuwając się na bok.
Co do wizji życia duchowością, wiele mi się pozmieniało w momencie, gdy zrozumiałem to, że w pewnym momencie ona już wcale nie jest potrzebna. Ostatecznie to też tylko słowa, palce wskazujące Księżyc. Podczas ostatniej wiosny doświadczyłem pierwszej drastycznej zmiany perspektywy z postaci na świadomość. Odczułem wtedy, jak zbędna jest "duchowość". Po co ci łódka, jak już stoisz na drugim brzegu? Moja przeprawa jednak się skończyła. Nie wiadomo kiedy i jak odnajduję się ponownie na starym brzegu perspektywy. I tak sobie pływam łódką, która mówi, że nie ma rzeki do przeprawiania i że ciągle jestem na tym brzegu, na który chcę się dostać. Wiem jednak, że kiedyś nadejdzie dzień, gdy tę łódkę zwaną "duchowością" zostawię już na zawsze. Dlatego wizja życia duchowością bardziej wydaje się karą, a nie nagrodą. Duchowość jest po to, żeby się jej pozbyć, a nie po to, żeby żyć nią cały czas. Wtedy to oznacza, że coś poszło nie tak.
W temacie "nauczania" wielkie wrażenie zrobiły na mnie historie o mistrzach Dzogczen, którzy przez całe życie pozostawali "w ukryciu". Byli uważani za zwykłych rzemieślników żyjących gdzieś tam w tybetańskich wioskach. Dopiero po osiągnięciu przez nich Tęczowego Ciała podczas śmierci ciała materialnego ludzie dowiadywali się o ich stanie realizacji. To nie znaczy, że oni nie pomagali w zakończeniu cierpienia wszystkich odczuwających istot. Pomagali po prostu będąc tam. Nie trzeba nauczać słowem i językiem. Wystarczy być. Jest wiele ścieżek pomocy. Czytając te historie, odczułem jednocześnie fascynację, ale też smutek. Smutek spowodowany tym, że w pewien sposób ja już sobie przekreśliłem taką ścieżkę, bo "upubliczniłem" swoją duchowość. Zacząłem opowiadać o swojej drodze na YouTube'owym kanale. Jeden z atrybutów (anonimowość) został już przeze mnie oddany. No trudno. Może uda mi się nie nauczać. Ale jeśli będę miał to robić, to zrobię. A raczej usunę się na bok, żeby to mogło robić się samo. Naturalnie i spontanicznie.
Przeleciała przeze mnie jeszcze jedna myśl na ten temat. To medium zasadniczo różni się od nagrywania gadanych filmików na Youtube, ponieważ tutaj jest mniej mnie jako postaci. Nie widać mnie. Nie słychać mnie. Są tylko słowa. Nie ma ciężaru postaci przez którą te słowa przechodzą. Ciekawe. W ostatnich miesiącach też odczuwałem zmęczenie tą jutubową warstwą swojej postaci, a dokładnie to jej ciężar. Tutaj jest lżej, inaczej. Nie mówię że z czymś zrywam, bo tak nie jest. Pewnie się coś jeszcze poopowiada do kamery. Będę płynąć z tym co leci, a teraz leci pisanie.
Czym to ma być?
Dziękuję za to trafne pytanie. Nie wiem. Są tutaj paradoksalnie sprzeczne ze sobą myśli. Z jednej strony chcę tutaj pisać, z drugiej strony wiem że słowa komplikują sprawę. Im jest ich mniej tym ostatecznie lepiej. Celem jest stan bez słów, a ich nadmiar może nas od tego oddalać. A może chodzi o ich prostotę, a nie ilość? Czy pisząc prosto da się ominąć ten problem? Czy to jest w ogóle problem? Jest to z pewnością względne. Czasami potrzeba dużej ilości słów, praktyk i ścieżek. Żeby się tym po prostu zmęczyć i odpuścić. W tej przestrzeni może wtedy pojawić się Łaska, a wraz z nią przebłysk Prawdy.
ilość duchowych słów
^
|
| *
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
| ** **
-----------------------------------------------------> czas
| | |
początek przebudzenie/ oświecenie
duchowych Kensho
poszukiwań
O! Jakoś tak mogę to teraz narysować. Teraz. To są tylko moje podejrzenia na podstawie tego co było u mnie. Nie stoję twardo na drugim brzegu. Ogólnie ten temat ilości słów i ich poziomu skomplikowania zależy od odbiorcy. Nie bez powodu Budda zostawił po sobie 84 tysiące ścieżek do Oświecenia (i wszystkie puste). Budda za każdym razem mówił trochę inaczej, bo za każdym razem mówił do kogoś innego na różnym etapie swojej ścieżki. Do kogo ja chcę mówić? Nie wiem kurde. Ja po prostu chcę sobie mówić. Ba, ja chyba nawet tego nie chcę. Nie będę chyba obierać nic konkretnego, bo to wtedy staje się swego rodzaju zatorem w kanale spływających przeze mnie słów. Niech sobie lecą.
03.02.2026
Ciągle próbujemy o sobie zapomnieć
Wychodzi na to, że my ciągle próbujemy o sobie zapomnieć. Nigdy nam się to nie udaje, bo robimy to z perspektywy tego, o czym zapomnieć chcemy. Potrzeba po prostu przestać grać w tę zabawę o zapominaniu. Wyjść z gry i stanąć obok. Przypomnieć sobie, że to była tylko gra. Boska Gra. Lila (लीला līlā). Nie da się tego zrobić przy użyciu postaci, którą się gra. Próbując "wyjść z gry" przy pomocy postaci, tylko ją umacniamy, karmimy. Mnożymy przyczyny i skutki, dokładamy kolejnych połączeń. Nakładamy kolejne plecaki i torby, obciążamy się. Nie jesteś postacią, nie jesteś też graczem, który by nią sterował. Najbliżej Ci do grania – czasownika. Do procesu trwającego, a nie jego produktu. Jesteśmy całą tą grą, przestrzenią, w której się dzieje, jej tworzywem, twórcą i widzem. Jesteśmy wszystkim tym, czym to się objawia, i wszystkim tym, z czego to się wzięło. Wzięło się, bo mogło. Po prostu. A Ty weź nie spinaj, bo spina to się postać. A My nie mamy powodu się spinać :)
Wycinki z rozmowy grupowej
Myśli są ulotne i chwilowe. Są różne, zmienne. Pojawiają się i znikają. Są i ich nie ma. Przestrzeń (świadomość), w której one się pojawiają, jest zawsze. Zawsze taka sama, czysta. Od pierwszego naszego wspomnienia po nasze ostatnie świadomość jest zawsze taka sama. Obserwująca, neutralna. Niezmienna. Trwała. Dlatego bardziej widzę ją jako źródło mojego jestestwa w porównaniu do myśli. Od myśli mogę się odwrócić (jako ta świadomość właśnie). Ale od świadomości nigdy nie mogę się odwrócić, bo to właśnie nią jestem. Czystym płótnem, na którym wyświetlany jest film.
Przez życie przechodzi się przez różne miejsca, stany i myśli. Nasze ciała także zmieniają się w każdej sekundzie. Ale tym, co to wszystko łączy, jest nasza świadomość właśnie. Świadomość bycia. Ta sprzed myśli i słów. Po prostu bycie, takie jak wtedy, gdy zaciągasz się letnim powietrzem i nie myślisz o niczym. Po prostu wdychasz.
Czy myśli się podczas oglądania filmu? "Nasze" myśli ustają, a jego miejsce na ekranie naszej świadomości zajmują myśli z filmu/twórcy. Tak samo, gdy się naprawdę kogoś pilnie słucha. Nie myśli się wtedy, co odpowiedzieć. Po prostu się słucha. Nie myśli się, ale nadal się istnieje. Oprócz odwracania światła świadomości z naszych myśli na myśli z innego źródła, można też odwrócić ją na bycie nią. Na świadomość istnienia, niczym niebo, na tle którego przelatują nietrwałe chmury myśli i emocji.
Tak to odczuwam na ten ulotny moment godziny 13:16 w dniu 3 lutego 2026 roku. Za minutę mogę czuć inaczej.
Ile bitów zajmuje Prawda?
Jeden bit to dwie pozycje. 0 lub 1. Tak lub nie. Prawda lub fałsz. Podstawowa jednostka informacji. Słowo PRAWDA zajmuje 56 bitów. Ile bitów ma to zdanie? 192. Prawda to nie 0 lub 1. Nie jest to żadna z tych skrajnych pozycji. Prawda to przestrzeń, w której te pozycje się pojawiają. Prawda to czysty potencjał. Prawda jest cały czas i nie ma jej nigdy. Prawda jest po środku wszystkiego i skrajnymi biegunami.
02.02.2026
Zachciało się spać, to się usnęło. Filmowe sny. Filmowe, bo tak wizualnie bogate, ale też dlatego że jestem ekranem, na którym są wyświetlane. Sny, myśli i uczucia. To wszystko tylko nietrwałe obrazy pojawiające się na jedynie rzeczywistej, nieskończonej w czasie powierzchni – świadomości. I to tej świadomości sprzed słów. To warto pamiętać i tego się pilnować.
Wracając do tematu świadka i pułapek z nim związanych... ŚWIADEK NIE MÓWI I NIE MYŚLI, ŚWIADEK TYLKO ŚWIADKUJE :) Po jakichś tam niedualnych wglądach/przebudzeniach/kensho i pierwszym doświadczeniu uwolnienia od postaci trzeba się pilnować. Chociaż w sumie jeśli coś ma się stać, to się stanie. Może musi się stać. Może trzeba wpaść w jakąś pułapkę ego.
01.02.2026
Coraz mnie mniej. Udaje mi się zrzucać to wszystko, co zebrałem. To wszystko, co było potrzebne do zrozumienia tego, że przed obliczem Boga można stanąć tylko nagim. Rozbieram się i na siebie patrzę. Znikam. Dezintegruję. Zostawiam. Odciążam. Wyczuwam. Nie pozostało już nic do zrobienia, przeczytania czy znalezienia. Pozostało tylko być. Czy może raczej nie być? Nie być tym, czym myślałem, że jestem. Negatyw ujawni pozytyw, bo bezpośrednio spojrzeć na niego się nie da. Postrzegane i postrzegające to Jedno. Wait, what? Bądź, po prostu bądź. Nie dokładaj.
Dobra, polećmy. Popuśćmy palce i niech one sobie klikają, a ja niech sobie patrzę. To nie ja. Czym jestem?
Ten sam biorobot robił oldwebowe stronki, na których umieszczał swoje tworzywo. Przypomniał mu się ten motyw i wykorzystuje go teraz w innym celu. Jakim? Bo ja wiem? Chyba chodzi o wypuszczenie myśli, które kiedyś mogą się komuś przydać. Ktoś może odnajdzie w nich jakieś wsparcie. Kto? Ten sam, który je zostawia.
To dosyć ciekawy okres. Jedno życie runęło, a kolejne jeszcze nie powstało. Wiem już, czym nie jestem, ale nie wiem jeszcze, czym jestem. Okres przejściowy, transferowy. Wyczuwane jest zbliżające się trzęsienie, które zapewne przyniesie kolejną destrukcję. Moim zadaniem jest patrzenie na to z boku. Tym nie jestem. Czuję to energetycznie, chyba. Mrowienie. Oddech mnie zmiękcza i ogrzewa. Przypomina mi o powrocie do stanu sprzed myśli. Bo myślami nie jestem. Czy jestem stanem sprzed myśli? Chyba nie. To jest tylko łącznik, pośrednik. Pojazd, który pozwoli mi wrócić do bycia sobą. Bo świadkiem nie jestem. Żeby był świadek, musi też być obiekt świadkowania/świadczenia. A to już jest dwa, a nie Jeden. Prawie rok temu wpadłem w "pułapkę" świadka.
...i na tym powinienem zakończyć, bo ta pusta przestrzeń to Prawda